Yoga – moja nowa miłość

Kolejne dni w oazie relaksu upływały zaskakująco szybko. Oczywiście przed wyjazdem miałam mnóstwo planów związanych z przygotowaniem dla Was nowych tekstów, przeczytaniu kilku zaległych książek itp.

Zgadnijcie jak się zakończyło… jak zwykle. Czyli – nie chce mi się! A co śmieszniejsze, bez wyrzutów sumienia. Joga pod tym względem jest fantastyczna. Uczy słuchać swojego ciała, zajmuje się skomplikowanymi związkami pomiędzy ciałem a umysłem.

Skoro masz ochotę zdrzemnąć się w ciągu dnia, to znaczy, że powinnaś to zrobić 😉

Nie mogłam dyskutować z moimi potrzebami 😉

Jestem początkująca w tym temacie. Wiele razy próbowałam swoich sił z pomocą filmów z CD, youtube, a nawet X-Box kinect (zresztą część z Was widziała moje IG story). Uważam, że to bardzo dobry sposób, aby w ogóle sprawdzić czy nam ten rodzaj aktywności odpowiada. Najważniejsze, aby wsłuchać się w sygnały swojego ciała i nie robić niczego, podkreślam NICZEGO, na siłę! Powtórzy to każdy instruktor! Jeśli poczujesz, że to jest właśnie to czego szukałaś, zachęcam do wyjazdu, w którym uczestniczyłam. Jeśli nie poczujesz tego “czegoś”, wyjazd będzie dla Ciebie udręką.

Wyobraź sobie, że jesteś w bardzo spokojnym miejscu po środku niczego.

Bez Internetu, telewizji, radia. Elektryczność i ciepła woda na szczęście są 😉 Ludzie, którzy tu przyjechali mieli w większości ten sam cel, czyli praktykować i wyciszyć się. Pierwsze zajęcia zaczynały się o godz. 8:00, trwały ok 1 godz. Ćwiczyliśmy Jogę Vinyasa, która polega na dynamicznych sekwencjach przygotowujących ciało i umysł do codziennej aktywności. Po godz. 9:00 grupowe śniadanko. Kuchnia była z założenia wegetariańska, więc zazwyczaj owsianka lub jaglanka z owocami i różnymi rodzajami przypraw. Brzmi kiepsko, wiem. Powiem więcej, nie najlepiej to wygląda, ale na szczęście dużo lepiej smakuje, a co najważniejsze daje efekty. Do tego różne ziółka, ja nazwałam je wodą kwiatową 😉 np. melisa, mięta lub rumianek i obowiązkowo zdrowa kawa zbożowa 😉

 

Kolejne, warsztatowe zajęcia w południe, bardziej precyzyjne niż w godzinach porannych. Pojawiały się zestawy ćwiczeń rozciągających, skręcających, masujących lub otwierających różne części ciała. Nie chce udawać, że się już znam więc odpuszczam nazwy asan – joginką jeszcze nie jestem ;-D


Bezpośrednio po zajęciach zbieraliśmy się w ulubionym miejscu na upragniony obiad.

Furorę w moim podniebieniu zrobiły pieczone bakłażany i kotleciki z buraczków. Z ręką na sercu mówię Wam wyglądały jak krwisto wysmażone mięsko 😉 Zawsze była jakaś zdrowa zupa, główne dania wspierane kaszą, ryżem lub pieczonymi ziemniaczkami, plus na deser owoce, sernik lub owoce zapiekane pod kruszonką. Bogactwo smaków, świeżych ziół i pomysłowości i … nie tęsknię za mięsem.

Po uczcie mieliśmy najwięcej czasu dla siebie. Najlepsze było opalanko, spacer z psem przewodnikiem lub leżakowanie na pomoście nad jeziorem. W życiu nie spodziewałam się, że pochłoną mnie anty-stresowe kolorowanki dla dorosłych. Moja ambicja nie pozwalała mi skończyć, zanim nie uzyskałam finalnego efektu, co czasami pochłaniało mnie na długie godziny.

Większość z uczestników nie dotykała swoich samochodów przez cały wyjazd (my zresztą też). Zaszyliśmy się w naszym jogowym – wiejskim świecie i naprawdę nie mieliśmy potrzeby z niego wychodzić.

Ostatni posiłek był książkowo o 18:00, a relaksacyjna praktyka o 20:00.

Masaż Lomi Lomi Nui bezpośrednio przed snem był idealną wisienką na torcie, ale zostawię to na osobną historię 😉

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wakacje z jogą

Powrót do pracy