Paris est pour les Parisiens

Długo zastanawiałam się czy publikować ten tekst. Staram się być człowiekiem, który nie będzie sprawiał przykrości innym celowo, ale z drugiej strony wiem, że jeszcze mamy wolność słowa i mogę na swoim blogu pisać co mi się podoba.

Moje wrażenia po pierwszej i kolejnej wizycie w …. Paryżu.

Miłości między nami nie ma i raczej już nie będzie. Miasto nie przytuliło do serca swojego turysty za pierwszym razem. Jako cierpliwa turystka, dałam mu druga szansę, również ją odrzucił.

Odwiedziny za każdym razem nie były długie. Za pierwszym razem przedłużony weekend czyli 4 dni, za drugim już tylko 2 dni. Owszem zabytki są piękne. Wieża Eiffla – ok. Nie otworzyła mi się buzia z zachwytu na jej widok, ale warto zobaczyć, choć moim zdaniem nie warto czekać w kolejce, aby dostać się na sam szczyt. Równie piękną panoramę Paryża można obejrzeć z diabelskiego młyna La Grande Roue de Paris.

Bazylika Sacré-Cœur chyba najładniejsza. Uroku dodaje jej wspaniała, dominująca nad miastem lokalizacja. Nie mogę zapomnieć o doskonałej komunikacji. Znakomicie zorganizowana siatka linii metra robi wrażenie, tym bardziej, że nasza warszawska składa się zaledwie z dwóch, aczkolwiek bardzo nowoczesnych nitek. Metrem przemieszczałam się wszędzie!

Dlaczego poza wymienionymi powyżej atutami, nie chciałabym wracać do Paryża?

Po pierwsze przez mieszkańców. Nie czułam się tam mile widziana. Nie mówię po francusku i o ile kiedyś myślałam o nauce tego języka, skutecznie zostałam przekonana, żeby nigdy tego nie robić. Pierwszego zderzenia z uprzejmością i gościnnością mieszkańców doświadczyłam już na lotnisku. W sprytnej maszynie biletowej dokonaliśmy zakupu. Chcąc upewnić się, że z tymi biletami możemy korzystać z każdego środka transportu, podeszliśmy do pracownika przypadkowego punktu informacji.

Przywitałam się po angielsku i zapytałam czy mogę zadać pytanie. Wyjaśniłam, nie jesteśmy stąd i chcielibyśmy się upewnić, że dobrze wybraliśmy. Jego odpowiedź brzmiała następująco: „Pracuję na stanowisku firmy X, moim obowiązkiem nie jest udzielanie odpowiedzi na Twoje pytania, za to nie otrzymuję wynagrodzenia”. Miło prawda? Kiedy już okazało się, że dokonaliśmy dobrego wyboru, nieszczęśliwie jeden z biletów zaciął się w kasowniku na bramce, poznaliśmy wówczas język francuski-migowy-wrzeszczany.

W hotelu przywitał nas pusty blat z informacją „No Rooms” i dzwoneczkiem.

Kiedy pozwoliliśmy sobie go użyć, wyszedł do nas zdenerwowany Pan, który na wstępie przypomniał, że zgodnie z wystawioną informacją nie ma pokoi. Kiedy wreszcie pozwolił nam dojść do słowa i wytłumaczyć, że mamy już wcześniej dokonaną rezerwację, w dalszym ciągu upierał się, że pokoi nie ma i jak nie pokażemy mu maila z potwierdzeniem, to nic nie załatwimy. Przed oczami mieliśmy już wizje poszukiwania innego hotelu na własna rękę, bo ten uroczy recepcjonista nie wyglądał na osobę, która chciała się nami zainteresować. Minęło kilka minut dyskusji i nareszcie udało się. Zlitował się nad nami, zerknął w system i ku swojemu zaskoczeniu jednak znalazł naszą rezerwację.

Nasze zwiedzanie było bardzo intensywne.

4 dni to bardzo mało czasu na Paryż, mimo to chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej. Kiedy robiliśmy zdjęcia przy Luwrze. Niedaleko nas gwałtownie pochyliła się do ziemi młoda kobieta, Romka. Podnosząc coś z ziemi zwróciła się w naszą stronę. Wyciągnęła do mojego męża rękę, w której trzymała jakąś obrączkę i zapytała „Is it yours?” ON, bez namysłu zaprzeczył, po czym oboje skierowali wzrok na mnie. To bardzo kuszące powiedzieć „tak” w momencie, gdy widzę złoty pierścionek, który mógłby być za chwilę mój. Sumienie jednak się nie złamało i również zaprzeczyłam.

Kobieta odeszła od nas na kilka kroków, po czym wróciła i powiedziała „wiecie co, weźcie go, na mnie jest za duży, nie potrzebuję go, nie wiem co z nim zrobić” i dodała „chyba, że możecie dać mi kilka EUR za niego, na coś do jedzenia”. Mieliśmy w gotówce dosłownie kilka EUR i kiedy daliśmy jej pieniądze, już wiedzieliśmy, że coś jest nie tak. Dziewczyny zrobiła się agresywna, chciała więcej, wyciągała ręce do naszych kieszeni i w końcu z krzykiem odeszła.

Cała sytuacja wydawała się abstrakcyjna, nieprawdopodobna i bardzo podejrzana. Obrączka wyglądała bardzo dobrze, miała wybitą próbę od wewnątrz. Oglądaliśmy ją bardzo dokładnie, wiele razy. Wszelkie wątpliwości zostały rozwiane później tego samego dnia, kiedy przechodziliśmy obok wieży Eiffla, a dokładnie Avenue Anatolle France. Tuż przed moją osobą pokłonił się czarnoskóry chłopak, który podnosząc błyskotkę z ziemi skierował się w moją stronę. Trzymając w dwóch palcach identyczną obrączkę powiedział „Uuuu la la!! Is it yours?” Moja reakcja zadziwiła nawet mnie, ponieważ odpowiedziałam jedyne i w dodatku po polsku „Spieprzaj!”.

Zdaliśmy sobie sprawę, że nie odrobiliśmy lekcji przed przyjazdem i daliśmy złapać na prosty numer, który wówczas był tak popularny w Paryżu, że mógł zdarzyć się nawet kilka razy tego samego dnia.

Byłam rozbawiona i oburzona jednocześnie. W żadnym innym mieście nie spotkało mnie, aż takie bezpośrednie oszukiwanie i naciąganie. Tylko w Paryżu, w tej i kilku innych sytuacjach tak bezpośrednio odczuliśmy podejście „jesteś turystą = jesteś idiotą”. Cieszę się, że potrafiliśmy powiedzieć w odpowiednim momencie „nie”. Mogę się tyko domyślać ile mogą wyciągnąć oszuści, żerując na naiwności innych. Obrączkę mamy w domu do dnia dzisiejszego jako pamiątkę i lekcję.

Nie daliśmy się zniechęcić. Po zmroku, pojechaliśmy zobaczyć Moulin Rouge. Ahhhhh jak pięknie, wszędzie dokoła migające neony Sex, PornoShop, SexShop, Lovestore, SexoDrome, itp. Nie odczytajcie mnie źle, nie jestem zanadto pruderyjna, ale co za dużo to i świnia…. Tanie i kiczowate. Do tego dodajmy alejkę z ławeczkami, na których co kilka kroków stacjonuje grupa mężczyzn w stanie upojenia, nie koniecznie tylko alkoholowego. Gentelmani byli przede wszystkim liczni, ponadto brudni, agresywni, natarczywi, a wokół potwornie śmierdziało kanalizacją. Mój mąż był „zachwycony”. Trzymał mnie mocno za rękę i powtarzał „Nie patrz na nich! Nie zwracaj na nich uwagi! Przyspieszmy! Przejdźmy na drugą stronę! Omińmy tych, albo tamtych!”.

Wyzwolona część miasta również nie spotkała się z moim zachwytem.


Posiłki w Paryżu, mmmmmmm – to znaczy, nie pojedliśmy 😉 Doświadczenie w tym temacie nakazuje bić się w pierś i planowanie wyjazdu do Paryża zacząć od nauki języka francuskiego. Ale jak wspomniałam wcześniej, to już raczej nie nastąpi.

W restauracjach, które odwiedziliśmy (w większości nie były w centrum Paryża, a przynajmniej nie przy najważniejszych zabytkach, ponieważ rozsądek podpowiadał, aby nie przepłacać) nie mogliśmy liczyć na menu w międzynarodowym języku angielskim. Kiedy zaczęliśmy zadawać pytania przykładowej kelnerce, w celu rozszyfrowania opisów ich wykwintności, zdecydowanie odczuliśmy, że zabieramy jej bezcenny czas. Widzieliśmy, że nas doskonale rozumie i tak samo doskonale miała nas w nosie. Nie wysilała się, aby nas do czegokolwiek zachęcić. Wręcz przeciwnie, zachęcała nas do rezygnacji z wybranego miejsca. Tylko co z tego, jak kolejne, inne będzie wyglądało tak samo! Nie było to dla nas najlepsze rozwiązanie. Wybieraliśmy dania bezpieczne, dlatego też nie mogę ocenić ich specjalności. Plus za pyszną kawę w każdym miejscu w którym się zatrzymaliśmy. Być może dlatego, że mogliśmy zamówić kawę łamanym francuskim, dzięki czemu nikt nie próbował nam złośliwie popsuć chwili relaksu.

Za pierwszym razem, więc kilka lat temu, zaskoczeniem była dla nas duża różnorodność narodowości jakie można spotkać na każdym kroku. Za drugim razem było to dla mnie zupełnie zrozumiałe, jednak ciężko było mi pogodzić się z tym, że nie można liczyć na polską solidarność. Kiedy rozmawialiśmy między sobą w języku ojczystym dało się zauważyć, kto nas rozumie. Niestety nawet w momencie kryzysu, czy zagubienia w mieście, odwracali od nas wzrok udając, że nie wiedzą o co chodzi. Nie ma co ukrywać, potrafimy wzajemnie poznać słowiańskie rysy twarzy i charakterystyczną polską urodę. Cóż, Polacy nie odwzajemniali naszych serdecznych spojrzeń i chęci ewentualnej grzecznościowej wymiany pozdrowień.

Znam osobiście kilka osób, które odnajdują swoją duszę w Paryżu.

Cieszy mnie to, gdyż uświadamiam sobie rzeczywistość, która dla każdego z nas może być inna. Wszyscy patrzymy swoimi oczami i oceniamy swoimi zmysłami. Ja tej stolicy nie czuję. Nie odnajduje się w ich stylu bycia. Cały obraz napotkanych sytuacji i zdarzeń składa się dla mnie w jedną niepochlebną całość. Zabytki, budynki, infrastruktura, kawiarenki i sklepiki są urocze. Jednak nie na tyle, aby znosić humory i brak gościnności mieszkańców. Dostrzegam więcej wad, które bardzo mi przeszkadzają. Moje serce jest w zupełnie innej części Francji, uwielbiam Alzację i Prowansję, gdzie sami mieszkańcy mówią, że Paryżanie to nie Francuzi.

Chociaż jakby ktoś się do nich wybierał to może mi przywieźć makaroniki 😉 To fakt, że te słodkości, tak samo jak wspomniana wcześniej kawa, naprawdę im się udały!!

P.S. Cammy wiem, że kochasz Paryż, a Ty wiesz, że I LOVE YOU! Ja z Tobą na koniec świata – całe szczęście Paryż nie leży aż tak daleko :-*

 

 

Joanna

Jestem wysoką, naturalną blondynką, która od pewnego czasu cieszy się swoim największym atutem czyli wzrostem (183 cm) i długimi nogami. Zrobienie im spontanicznego zdjęcia zainspirowało mnie do założenia wyjątkowego, moim zdaniem innego konta na Instagramie, później również bloga.

Jestem zwyczajną, ale niezwykłą kobietą, na co dzień menadżerką wysokiej 😉 klasy w międzynarodowej organizacji. Wówczas „business look” jest moim królem, a od niedawna szpilki są moją największą słabością. Wcześniej nie zawsze moja pewność siebie pozwalała mi na bycie tą najwyższą w towarzystwie. Szczęśliwie, razem z powstaniem 2legs2long zrzuciłam z głowy ten ciężar.

Prywatnie jestem miłośniczką czworonogów, duszą relacji z najbliższymi. W podróżach szukam autentycznej kuchni i lokalnego wina. Chętnie wybieram się do teatru na dobrą komedię lub musical. Otwarcie przyznaję, że mam szczęśliwe życie, które bardzo lubię. Uważam, że każdy człowiek jest z natury dobry, tylko czasami zawodzą okoliczności.

Nigdy nie farbowałam włosów, nigdy nie paliłam papierosów – tylko próbowałam 😉 Twierdzę, że dobrze jest utrzymywać ciało w jak najlepszej kondycji, jednak nie skupiam się wyłącznie na estetyce i pielęgnacji. Przesada nie jest dobra w żadnej dziedzinie życia, więc aby żyć w zgodzie ze swoim organizmem, wystarczy słuchać jak sam upomina się o swoje potrzeby.

Życie jest piękne, więc na blogu dzielę się swoimi przeżyciami, przemyśleniami, podróżami, wyzwaniami i dużą dawką motywacji. Dlaczego nie pokazuję twarzy? Taki był mój pomysł na profil. Podobno ludzka wyobraźnia potrafi działać cuda. To, co nie jest całkowicie odgadnione jest najbardziej intrygujące, dlatego w większości skupiam się na zdjęciach moich nóg. Oczywiście mam też powody zawodowe. Ale próbujcie, może kiedyś przekonacie mnie żeby było inaczej 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

NR1 w szufladzie

Magiczna liczba 30