Nareszcie prawdziwa zima

W tym roku straciłam nadzieję na obcowanie z prawdziwą zimą. Przebywając cały czas w zatłoczonym mieście. Spędzając większość czasu w pracy, zima nie kojarzy się z niczym nadzwyczajnym. Stwarza zazwyczaj niepotrzebne problemy – korki, odśnieżanie, chlapa, po prostu – lipa.

Mieliśmy szczęście, gdyż wspólny Zakopiański wypad mogliśmy niemal całkowicie oddać w ręce naszych towarzyszy. Ich doświadczenie pozwoliło nam zobaczyć to co najlepsze bez przewodników i nie na chybił – trafił.

Już od pierwszych minut przyjazdu nie chcieliśmy tracić czasu i wyruszyliśmy na Rusinową Polanę. Trasa dość wąska, ale niezwykle urokliwa. Skrzypiący pod butami śnieg, mróz, który delikatnie malował nasze nosy i policzki na różowo. Doborowe towarzystwo i cisza w otoczeniu drzewek przystrojonych białym puchem. Człowiek wyrwany z betonowego zgiełku chciałby chłonąć każdy centymetr krajobrazu. Nie przeszkadzała nam niska temperatura. Śnieżny puch wciągał nas swoimi magicznymi sztuczkami w zaczarowany świat, którego chcesz więcej i więcej!

Plan drugiego dnia ustaliliśmy podczas śniadania, uwzględniając warunki pogodowe.

Ponieważ było dość chłodno i padał śnieg wybraliśmy – Dolinę Kościeliska. Samochodem dotarliśmy do parkingu Kościelisko Kiry, który jest zaraz przy początku szlaku. Droga była już dużo szersza i dłuższa. Oczywiście przez czas poświęcany na robienie zdjęć, znacznie wydłużyliśmy czas spędzony na szlaku. U celu, w schronisku PTTK Ornak czekało na nas przepyszne grzane winko i szarlotka. Czułam się tam jak za dawnych dziecięcych lat. Pamiętam szlaki pełne wycieczek szkolnych i dzieciaków, dla których najważniejsze było zdobycie pieczątki ze schroniska PTTK. Były one wówczas tak samo zaludnione, tylko cel wycieczki zupełnie inny 😉 Nikomu nie przeszkadza rozpuszczony na podłodze śnieg, estetyka podania potraw czy brak możliwości płacenia kartą. Jest swojsko, ciepło, gwarnie i pysznie.

Jakby było nam mało atrakcji, wieczorem wybraliśmy się na kulig. Przejażdżka saniami z pochodniami, herbatka z prądem, ognisko i kiełbaski, góralskie śpiewy, fantastyczny czas, w którym uśmiech nie schodzi z ust, a myśli sprowadzają się do jednego “natura jest piękna”.

Trzeci dzień przywitał nas cudownym słońcem.

Decyzja więc była jednogłośna – Morskie Oko.

Powiecie zapewne, że to najbardziej oklepany punkt na mapie polskich gór. Owszem bardzo popularny, ale ja byłam tam pierwszy raz i na pewno wrócę jak będzie ciepło! Słyszałam sporo negatywnych opinii o tym miejscu latem. Hałas, tłumy, asfaltowa droga pełna “Januszów” w sandałach, zaśmiecanie, kąpiele w stawie pomimo zakazu, wrzucanie monet na “szczęście”, przeciążone wozy konne, co mocno zakrzywia rzeczywistość górskich wypraw prawdziwych turystów. Nie mam tu na myśli naszej czwórki. Jesteśmy totalnymi laikami w tej kwestii, ale na szczęście z wysoką kulturą i szacunkiem do natury. Mam wrażenie, że zima rządzi się innymi prawami i zupełnie nie doświadczyliśmy, tych “okrucieństw”. Droga cała zasypana śniegiem przypominała jedynie wygodny, szeroki szlak. Ludzi też jakoś mniej, pewnie nie każdemu chce się wychodzić na kilku godzinny spacer w mrozie.

Zamarznięty oraz w całości ośnieżony staw to wspaniały, niecodzienny widok, który oczywiście nie umożliwia wykonywania np. morsowania, ale za to znajdują się śmiałkowie wychodzący na lód.

Krajobrazy były przepiękne, trasa wcale niekrótka, ale szczerze namawiam na pokonanie jej pieszo, co daje wspaniałą satysfakcję. Oczywiście dostępne są ułatwienia, z którymi nie do końca się godzę. Choć od dziecka obcowałam na wsi ze zwierzętami, wiem, do czego służy koń i jaką ma moc, ale nigdy nie dowiem się ile kursów dziennie dany koń tu wykonuje i czy nie jest to ponad jego siłę.

Wiem, że można sobie darować, szczególnie korzystając z przykładu naszych Panów, którym młodość i zdrowie pozwoliły jeszcze tego dnia na wieczorne snowboardowe szaleństwo w Małym Cichem. My z kolei oddawałyśmy się przyjemności, pieszcząc swoje zmysły domowymi specjałami i grzanym winem w Gospodzie u Olejorzy, przy górnej stacji wyciągu. Panie, które nas tam gościły zasługują na największe komplementy. Wspaniałe, ciepłe, radosne dziewczyny, z których powinny brać przykład wszystkie lokale w Zakopanem, a zwłaszcza na pożal się boże – Krupówkach.

Spędziliśmy w Tatrach 5 dni, a mogłabym pisać i zachwycać się śnieżną krainą bez opamiętania. Nie mam zamiaru dodawać Polsce jej piękna, ani też porównywać do innych podobnych miejsc świata, ale warto poznać “swoje” aby mieć SWOJE zdanie i ulubione miejsca. Dopisuję do nich Tatry.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zimowy weekend w SPA

Czy można mieć wspólne pasje?