Czy dzisiejsze małżeństwa są lepsze?

Jestem w szoku! Chyba, że po prostu się nie znam i żyję w jakimś innym świecie. Wśród moich znajomych się gotuje i codziennie płyną do mnie informacje o tym co dzieje się w ich związkach. Dlatego tym bardziej, pytanie wydało mi się interesujące. Postanowiłam się zagłębić i poszukać odpowiedzi na ten temat. Zdania są jak zwykle mocno podzielone.

Według pierwszej grupy, instytucja małżeństwa zdecydowanie upada.

Rosnący odsetek rozwodów jest głównie pochodną braku zaangażowania obu stron. A nawet jeżeli te małżeństwa z jakiegoś powodu, trwają formalnie, jako byt zwany rodziną, to i tak małżonkowie są dla siebie zupełnie obcymi ludźmi. Smutnym jest, że tym powodem bywają często dzieci, przed którymi rodzice udają lub co gorsze, nawet nie udają obojętnego lub wrogiego stosunku wobec siebie. Życie tych par dzieli się na „przed ślubem” i „po ślubie”, ze stereotypowym przekonaniem, z którego wynika bardzo duże prawdopodobieństwo, że w swojej relacji nie odkryją i nie spełnią wzajemnych oczekiwań i nadziei. Pojawi się złość, frustracja i obwinianie.

Nie prowadziłam na ten temat, żadnych badań. Po prostu obserwuję, rozmawiam i zadaję sobie pytanie po co się tak wzajemnie katować? Bo na pewno nie dla dobra tych dzieci.

Druga grupa, zauważa spore zmiany, jednak ocenia je jako ewolucję, która zdecydowanie lepiej chroni indywidualność.

Mam tu na myśli przypadek zmiany roli kobiety w związku. Nie śmiejcie się. Spotykam nadal ludzi, którzy uważają, że główną rolą kobiety jest pielęgnacja domowego ogniska. Tak jakby nad tym ogniskiem miała piec wszystko, co upoluje w lesie jej brodaty samiec. Kariera i samorealizacja, to w tym przypadku fanaberie, na które pozwolić mogą sobie karierowiczki. Szczęśliwie coraz rzadziej, przynajmniej oficjalnie. Zdecydowanie więcej znam par, które dużo rozmawiają, szukają i znajdują przestrzeń do realizacji swoich wzajemnych potrzeb. Kompromis i stabilność w tej grupie to słowa – klucze. Mam wrażenie, że to może nie dramatycznie, ale stabilnie, czyli powolnie ginący gatunek.

Małżeństwo coraz bardziej staje się instytucją działającą pod hasłem „wszystko albo nic”.

Aktualne, przeciętne małżeństwo, jest słabsze, w sensie mniej trwałe niż kiedyś. Jednak najlepsze – najlepiej skomunikowane pod względem realizacji wzajemnych wartości małżeństwa, są dziś znacznie silniejsze. Mam na myśli zarówno trwałość, ogólną satysfakcję i stan ekonomiczny.

To trzecia grupa par. W niej podwyższone oczekiwania względem małżeństwa, są wprost proporcjonalne do gotowości inwestowania dużych zasobów czasu i energii w swój związek. Dzięki temu obie strony, nie tylko oczekują, ale są wzajemnie zainteresowane by zyskać spektakularne wyniki jakości małżeństwa. Przepis jest prosty i jak w każdej dziedzinie życia, równie trudny w realizacji.

Przyglądając się historii małżeństwa można podzielić je na etapy:

  1. Instytucjonalne: indywidualne domostwa wiejskie z głównym celem w postaci produkcji jedzenia oraz ochrona przed przemocą. Oczywiście, miłe było emocjonalne porozumienie z małżonkiem, ale tego typu luksusy były dodatkiem.
  2. Małżeństwa towarzyskie: koncentrowały się wokół intymnych potrzeb takich jak miłość, bycie kochanym i posiadanie satysfakcjonującego pożycia intymnego. Zaczęły tworzyć się miasta. Mężczyźni coraz częściej podejmowali pracę zarobkową poza domem, a społeczeństwo stawało się zamożniejsze.
  3. Małżeństwa samo-ekspresyjne: obecnie ludzie w małżeństwie szukają spełnienia samego siebie, podwyższenia samopoczucia i rozwoju osobistego. Małżeństwo jest traktowane jako jeden ze środków osiągania spełnienia osobistego. „Sprawiasz, że pragnę być lepszym człowiekiem”.

Tak się prezentuje ewolucja małżeństwa na przestrzeni czasów.

Czy coś Wam to przypomina?

Zaczynało się od zabezpieczenia potrzeb fizjologicznych – np. potrzeba picia i jedzenia – za którą idzie potrzeba bezpieczeństwa, następnie miłość i inne potrzeby społeczne, na szczycie natomiast znajduje się szacunek i samodoskonalenie.

No jasne – piramida potrzeb Abrahama Maslowa.

Pojawienie się każdej z potrzeb zależy od wcześniejszej satysfakcji z bardziej podstawowej potrzeby. Osoba niezdolna zaspokoić swojej potrzeby jedzenia jest całkowicie pochłonięta realizacją tej potrzeby. Gdy zostanie ona zaspokojona, zaczyna się koncentrować na wyższej potrzebie – np. bezpieczeństwie. I tak dalej.

I to jest analogiczny proces odnośnie naszych oczekiwań wobec małżeństwa.

Zmiany i rozwój mają ogromne konsekwencje dla dobrostanu małżeńskiego. Zaspokojenie potrzeb wyższego rzędu daje większe szczęście i głębię wewnętrznego życia. Zachodzi więc konieczność zainwestowania większych zasobów czasu i energii w jakość związku, gdy pragnie się zaspokoić te potrzeby wyższego rzędu poprzez małżeństwo.

Podsumowując. Nasze oczekiwania względem małżeństwa idą w górę zgodnie z piramidą Maslowa. Potencjalne psychologiczne korzyści wzrastają, ale osiągnięcie ich staje się coraz bardziej wymagające. Ci, którzy zainwestują wystarczającą ilość czasu i energii w swój związek osiągają wielkie korzyści.

Socjologowie udowodnili w swoich badaniach, że małżonkowie, którzy „spędzali ze sobą czas sam na sam, rozmawiali ze sobą albo robili coś razem” co najmniej raz w tygodniu 3,5-krotnie częściej byli bardzo zadowoleni z jakości swoich małżeństw niż ci, którzy czynili tak rzadziej. Małżonkowie z większym odsetkiem wspólnych przyjaciół spędzali ze sobą więcej czasu i jakość ich małżeństw była wyższa.

Pokuszę się o stwierdzenie, że małżeństwo zawsze było, jest i będzie najważniejszym “biznesem” życia.

Małżeństwa od wieków łączyły, godziły lub dzieliły rody, klasy społeczne, majątki i narody. Jednych czyniły poddanymi innych. Z biegiem czasu sytuacja socjoekonomiczna, modna społeczna odpowiedzialność oraz indywidualne wybory, zaczęły spełniać socjalne potrzeby uczestników korporacji małżeńskiej 😉 ograniczając jednocześnie zdolność inwestycji czasu i energii w związki.

Dziś nasze turkusowe organizacje małżeńskie, z wzajemnym poczuciem własności, równości, otwartości na kreatywność i wynik niegraniczony ramami, mogą kwitnąć jak nigdy wcześniej!!

Tylko pamiętajcie, że same tego nie uczynią.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Chce mi się płakać